STRONA GŁÓWNA O RATUSZU WYDARZENIA REPERTUAR REZERWACJA I ZAKUP
FILMY ZAPOWIEDZI DYSKUSYJNY KLUB FILMOWY DLA GRUP CENNIK KONTAKT


DKF - refleksje czytelników
» O Klubie   » Aktualności   » Już za nami   » Zdjęcia   » Relacje   » Refleksje   » Blog   » Kontakt


Nawet „sztuczna, przeszczepiona, obca” twarz nie zmieni prawdy ,
która tkwi wewnątrz człowieka.


Szkoda jednak, że zauważył to tylko dziadek- postać epizodyczna- tak mało znacząca dla rodziny. Nie zawsze było dla niego miejsce przy stole. Dzieci i starsi nie mieli prawa głosu. A przecież to właśnie najmłodsi nie odrzucili oszpeconej twarzy chłopca w sielankowym obrazi e „Cudowny chłopak”, pokochały pomysłowość i oryginalność. Dziadek wypowiedział w filmie M. Szumowskiej tylko dwie kwestie: wyraził akceptację wnuka po operacji i przeklął swoją córkę, leżąc już w trumnie. Dopiero po śmierci wyznał prawdę i wyzwał „od najgorszych” kobietę, która odrzuciła swoje dziecko po przeszczepie i wezwała egzorcystę, żeby wygonił z niego złego ducha.

„Ryj”, bo tak przezywano Jacka ( w tej roli Mateusz Kościukiewicz), mimo sztuczności i braku mimiki, to jedyna prawdziwa twarz w tej historii. Pozostałe to „gęby”, narzucone przez zamkniętą społeczność , zarządzaną przez Kościół i media. Walka nagich klientów o telewizory w pierwszej scenie filmu, nakierowuje nas na tę interpretację. Zastanawia mnie, czy Kościół nadal ma takie wielkie znaczenie w grupach odizolowanych od innych choćby promem , który kilkakrotnie się w filmie pojawia. Czy coś się zmieniło przez ostatnie kilkanaście lat? To ksiądz decydował o datkach na operacje, odpowiadał na pytanie, czy można kogoś opuścić „po słowie”, jeśli przestało się go kochać. Doradzał również w problemach małżeńskich relacji seksualnych. Bliscy Jacka potrzebowali od księdza wybaczenia i potwierdzenia zrozumienia w kwestiach, które przeczyły zasadom moralnym, przeczyły zasadom wiary. Ale przecież proboszczowi najbardziej zależało na tym, żeby dokończyć budowę pomnika Chrystusa , który będzie tak ogromny, jak ten w Rio de Janeiro. Ale nie został on zaakceptowany przez władze kościelne. Chrystus miał głowę zwróconą nie w tę stronę, co powinien (nie w stronę Częstochowy), a poza tym przy jego budowie brali udział muzułmanie. Jacek doznał wypadku właśnie podczas budowy pomnika, przez wiele osób odczytywane było to jako kara za grzechy. Przecież słuchał heavy metalu, nosił długie włosy, otwarcie mówił to , co myślał, miał ambicje, potrafił kochać. Wiele razy życzono mu, żeby „przestał pajacować”. Ale czy Chrystus ukarał jego czy innych? On zaakceptował oszpeconą, „czyjąś” twarz, starał się normalnie żyć i wierzył w to, że będzie kochany jak przed wypadkiem. Kara została wymierzona tym stojącym przy ołtarzu- to oni nie potrafili odnaleźć się po powrocie Jacka, pogubili się , nie umieli egzystować w grupie, w której pojawił się „obcy”. „Obcy” nie chciał zaakceptować „gęby”, którą chciano mu narzucić, za wszelką cenę próbował od niej uciec.

Osoby mieszkające w małych miejscowościach, bardzo zaangażowane w sprawy kościelne może razić hiperboliczny, czasem absurdalny sposób ukazania choćby spowiedzi czy uroczystości takich jak komunia. Przecież nie wszyscy „komuniści” podjeżdżają karetami, a ich goście się upijają. Jednak w wielu przypadkach tak a nie inaczej to wygląda. Nie przypadkiem historie wielu nagradzanych polskich filmów skupiają się wokół uroczystości komunii ( „Wieża. Jasny dzień” J. Szelc, „ Dzikie róże” A. Jadowskiej, „Komunia” A. Zameckiej). Ta uroczystość to egzamin nie tylko dla dziesięciolatka, ale również sprawdzian dla ich rodzin. Może to Kościół powinien się przyjrzeć z uwagą temu, z jakich powodów tak bardzo zainteresował twórców filmowych. W obrazach z fabuły M. Szumowskiej można przejrzeć się jak w lustrze, a te „zakrzywione”, karykaturalne elementy mają nas nie tylko przestraszyć, ale też rozbawić zgodnie z założeniami oświeceniowego twórcy: „ I śmiech niekiedy może być nauką, jeśli się z przywar, nie z ludzi natrząsa”. Przy oglądaniu „Twarzy” jest przyjemniej niż przy produkcjach W. Smarzowskiego, ale równie refleksyjnie. Pamiętam, jak przed swoim ślubem oglądałam „Wesele” i przeraziłam się tym, jak przyjęcie ślubne może być przedstawione. Teraz obawiam się komunii córki ( już za cztery lata). A może to nie strach tylko zastanowienie, czy warto?

Szumowska jednak daje nadzieję. Kiedy na Komunii ukochana Jacka zostawia swojego „gacha” i z zakochanymi oczami patrzy na jego twarz i widzi tę sprzed wypadku, a tandetna dyskotekowa piosenka zmienia się w dobrze brzmiący, melodyjny utwór, przez moment wierzymy, że tak się stanie. Czy Chrystus, patrzący w niewłaściwą stronę odwraca się od tych „nieprawdziwych”, a staje po stronie prawdy i szczerości? Z takim pytaniem pozostawiła mnie M. Szumowska w roku „wielkich filmów wielkich, polskich reżyserek”.

Aleksandra Sipowicz


STRACH, PRZERAŻENIE, WINNOŚĆ -  MOJE REFLEKSJE PO FILMIE
,,ZABICIE ŚWIĘTEGO JELENIA”

,,Zabicie świętego jelenia” jest nietuzinkowym filmem. Nie obejrzysz go z kubkiem gorącej kawy i uśmiechem na ustach, a gdy wreszcie nadejdzie jego koniec… zaniemówisz i spróbujesz on niego uciec, lecz on Cię dogoni i jak stary znajomy – usiądzie obok i nie opuści przez długi czas. Będziesz zaskoczony i przerażony – Ty i zdecydowana większość ludzi, którym  słowo ,,film” kojarzy się tylko i wyłącznie ze spokojem, rozrywką i szeroko rozumianym luzem. Lanthimos po raz kolejny burzy moje pojęcie ówczesnego świata i bezceremonialnie wrzuca mnie w ciemną otchłań moich myśli.
Początkowo oglądając film czułam się bezpieczna. Świat przedstawiony w filmie był celowo sztuczny, sterylny i całkowicie pozbawiony życia, dlatego sądziłam, że tragedia rozgrywająca się na ekranie mnie nie dotknie. Byłam niemalże pewna, że nie utożsamię się z bohaterami. Głęboko się myliłam. Przerażenie oraz głęboki, rozdzierający od środka ból – tego właśnie doświadczałam. Chciałam uciec od trwogi i przytłoczenia, jednakże nie mogłam oderwać wzorku od wykreowanego przede mną świata. Film ten pochłonął mnie w całości. Pokazał, że dziś tak surrealny świat; jutro może stać się prawdą. Co może być bardziej przerażającego od naszej rzeczywistości, którą uważamy za niezmienną?

Świadomie staramy się wypierać to, że powoli zmieniamy się w bohaterów filmu Lanthimos’a. Sterylność mylimy z nowoczesnością, izolację oraz brak empatii tłumaczymy potrzebą przetrwania w dzisiejszym świecie. Ze świata ucieka barwność i bliskość, a naszym największym wrogiem i przyjacielem jest świadomość - stanowi nasze ograniczenie, pułapkę, bo umysł jest warunkowany tym, co wie. Błędnie ją znajdujemy, błędnie rozumiemy i błędnie wykorzystujemy, co doskonale pokazuje film, więc częściowo trzeba wyzwolić się od świadomości. W przeciwnym razie będziesz się powtarzał. Świat się powtarza. Jednakże czym bylibyśmy bez świadomości? Tym, czym jest jesteśmy wobec przypadku, choroby i śmierci – niczym. Film ten przypomniał mi jak bezsilną  i zarazem potężną istotą jestem. Ja - człowiek. Jesteśmy pełni sprzeczności, tak jak społeczność przedstawiona w filmie. Pozornie – urzeczywistnienie naszych wymarzonych rodzin, lecz  w rzeczywistości nikt nie chciałby się w takiej znaleźć, więc dlaczego każdy pozbywa się tego, co sprawia, że żyjemy? Czasem emocje w nas bliskie są wygaśnięcia, lecz rozpalają się na nowo dzięki przeżyciu wywołanemu przez jakiegoś człowieka. Poprzez ten film dochodzimy do tak absurdalnego  a jednocześnie prawdziwego wniosku, że najbardziej ludzcy jesteśmy w obliczu tragedii. Dążymy do ideału, podczas gdy jest to coś – od czego powinniśmy uciekać. Dlaczego? On nie istnieje. ,,Idealne" życie może okazać się naszym własnym piekłem. Naszą sprzeczność w sposób idealny oddaje piosenka zespołu Dżem – ,,Kim jestem?”. Możemy być byś wszystkim, więc dlaczego uciekamy od goniących nas emocji i prawd? ,,Jestem sobie prawdą, fałszem i zagadką też
Szatanem jestem złym, aniołem z aureolą
Dopełnieniem świata, oceanem, pustą szklanką
Jestem i wyrokiem, nawet sędzią, nawet katem
nawet katem jestem ja
Jestem, jestem wszystkim, jestem nawet Bogiem,
tylko sobą być, tylko sobą być nie mogę.”.

WERONIKA KAZIMIERCZAK



„Niemiłość”

Spośród wszystkich, dotychczasowych filmów, które obejrzałam w ramach spotkań Dyskusyjnego Klubu Filmowego największe wrażenie wywarł na mnie rosyjski film „Niemiłość”.

Jestem zainteresowana współczesnym kinem rosyjskim, bo film radziecki to apoteoza socjalizmu, krzewienie przyjaźni polsko radzieckiej i bratanie się narodów komunistycznych. Zastanawiałam się, czy jesteśmy do siebie podobni, czy borykamy się z podobnymi problemami, czy radość przynoszą nam te same rzeczy lub sytuacje. W końcu łączy nasz wielowiekowa historia, wspólna przeszłość, nie zawsze chlubna i radosna.

Film pokazał, że Rosjanie , tak, jak Polacy, zachłysnęli się konsumpcyjnym stylem życia, że ważne jest mieć, a nie być. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać, komunikatory i media społeczne zastępują nam bliskość, komunikację z żywym człowiekiem.

Przeciętna rodzina z nastoletnim synem rozpada się, bo po co tkwić w starych kapciach, skoro świat oferuje nam co krok nowe wyzwania. Nie można stać w miejscu, należy sięgać po wszystko co jest na wysiąknięcie ręki. Przecież jesteś tego warta /warty.

Rodzice Aloszy pragną ułożyć sobie życie z nowymi partnerami, bo wierzą, że szczęście jest za progiem, a stara żona, przeterminowany mąż i syn, który ktoś powinien się zająć są zbędnym balastem. Niekończące się awantury, mijanie się w korytarzu bez słowa i wpychanie „ukochanego” syna w ramiona jednego z rodziców lub dziadków to jedyny sposób komunikacji.

Borys i Żenia są małżeństwem z kilkunastoletnim stażem, dla których najważniejsi stali się ci inni, ci , którzy dadzą im kopa i pęd ku lepszemu życiu, głębszej, spełnionej miłości. Dorośli ludzie nie chcą uwierzyć, że miłość i związek dwojga ludzi to ciężka praca, że obie strony muszą i powinny dbać o swoje relacje, bliskość. Są przekonani, że nowi partnerzy to nowe, lepsze życie, lepsza miłość, lepsze dzieci lub ich brak, to nowi oni. Alosza nawet jeśli nie słyszy kłótni rodziców, którzy panicznie boją się podjąć decyzji o opiece nad synem to doskonale wyczuwa panującą atmosferę i niechęć , brak miłości , czy wręcz obojętność rodziców w stosunku do Niego.

Pewnego dnia Alosza znika. Rodzice nie znają najbliższych kolegów syna, nie wiedzą gdzie i w jaki sposób spędza swój wolny czas . Policjant przesłuchujący matkę, którego z racji wykonywanego zawodu nie wiele sytuacji potrafi zaskoczyć, nie ukrywa zdumienia na elementarny brak wiedzy o własnym dziecku. Grupa poszukiwawcza złożona z wolontariuszy bezskutecznie przeczesuje miasto w poszukiwaniu chłopca. Nawet w tak dramatycznych okolicznościach rodzice nie zbliżają się do siebie, szukają wsparcia u swoich nowych ukochanych. Nie potrafią , nie chcą być rodzicami , których spotkała tak ogromna tragedia. Odniosłam wrażenie, że Alosza ich zawiódł. Oni tylko chcieli, żeby zniknął z ich życia, ale bez wyrzutów sumienia. Chłopiec po raz kolejny nie spełnił oczekiwań rodziców. Jego pojawienie się na świecie jak i zniknięcie było niezaplanowane i całkowicie zburzyło ich plany.

Film nie kończy się happy endem. Pomimo upływu czasu nie odnaleziono Aloszy, plakaty informujące o Jego zaginięciu zdążyły wyblaknąć.

Rodzice założyli nowe rodziny, które wbrew pozorom nie przyniosły oczekiwanego szczęścia. Nie przepracowali błędów z poprzedniej relacji. Nie wyciągnęli wniosków z braku komunikacji, bliskości i poczucia odpowiedzialności za drugą osobę.

Film jest obrazem współczesnego świata, świata z pozornym uczuciem zainteresowania, bliskości , przyjaźni, miłości. Niezależnie od miejsca zamieszkania, statusu ekonomicznego jesteśmy samotnymi ludźmi pośród tysiąca znajomych i lajków na FB. Nauczyliśmy się żyć na pokaz, pokazując światu co mamy, jak spędzamy wakacje, jak cudowną mamy rodzinę. Tylko nie mamy komu wypłakać się w rękaw, bo zamieniliśmy bliskość, rozmowę z drugim człowiekiem na kolorowe zdjęcia pełne ułudy, którą się codziennie karmimy.

ŻANETTA PAWŁOWSKA



Wieczór po seansie przedłużał się w miarę powstawania kolejnych, nie satysfakcjonujących mnie zresztą, stron recenzji. Natchniona, pod wpływem filmu wylewałam z siebie wiele zdań, ale wciąż brakowało mi elementu, który połączyłby moje rozmyślania w całość.
Można powiedzieć, że wciąż rozgrywa się we mnie pewien konflikt tragiczny, którego bohater rozpaczliwie głowi się nad sensem i miejscem miłości w dzisiejszym świecie.
Na przekór tytułowi bowiem pierwszą rzeczą, której widz szuka w produkcji Andrzeja Zwiagincewa pt. ,,Niemiłość” jest właśnie miłość, mimo szczerych starań reżysera, który przecież ostrzega o jej braku i radzi by tej jednej rzeczy w filmie nie szukać.
Dopiero bo dłuższych rozmyślaniach zdałam sobie sprawę jak bardzo upodabniam się w swoich poszukiwaniach do bohaterów, którzy właściwie nic innego nie robili. Przeglądając wciąż w pamięci sceny i analizując ich szczegóły, nagle zrozumiałam, że najważniejsze jak zawsze jest to czego nie widać, że to dziecko, którego w filmie prawie nie ma – ono jest miłością.
Doszłam więc do wniosku, że ta miłość między Zhenyą i Borisem kiedyś była, bez względu na to co sami mówią po latach. Być może karłowata i niedoskonała, ale była bo widać wyraźnie jej owoc (dziecko).
Po zastanowieniu wydaje mi się, że w filmie nie mówią jak, czy gdzie miłości szukać, ale aby jej nie odrzucać, bo w tym momencie staniemy się tacy jak bohaterowie.
Film postawił mi, jako osobie dojrzewającej, dopiero uczącej się miłości wiele trudnych pytań m. in. czy możliwa jest ponowna miłość? I ile warte są ludzkie uczucia jeśli można je stracić?
Wydaje mi się, że autor stawia jednak granicę między związkiem i miłością erotyczną, a miłością jako uczuciem, stanem, co pokazuje w wyuzdanych scenach seksu, w których aktorzy mimo zachowania dużej estetyki, zdają się być beznamiętnymi manekinami. Pokazuje w ten sposób, że związek jest jakby efektem wieńczącym, tego co nosimy w sobie i co jesteśmy w stanie ofiarować drugiemu człowiekowi, lecz potrzebuje wpierw fundamentu, zwykłego ludzkiego poświęcenia. Moim zdaniem to dlatego bohaterowie nie mogli zbudować szczęśliwego związku. Świat dookoła bez naszej interwencji może się stać równie jałowy jak ten oglądany czasem w telewizji i na ekranach kin. Jeśli nie spróbujemy, tak jak przedstawiciele grupy wsparcia, czegoś w nim zmienić, staniemy się jak Boris słuchający w radiu o katastrofie, podczas gdy taka sama tragedia niebawem zdarzy się w jego życiu, a żadnej z nich nie dostrzeżemy.
Moim zdaniem film ten jest przestrogą. Pokazuje, że jeśli w życiu miłość nie jest wartością nadrzędną, swoistym fundamentem, nie da się zbudować szczęścia, a jedynie jego pozory, fasadę. Niemiłość nie ma odpowiednika w słowniku, bo jest niczym. Pustką. Nie cierpieniem i nie radością. Niemiłość jest niebytem. Niebytem w który coraz łatwiej popadamy. I być może właśnie przed tym chciał ostrzec nas  Andriej Zwiagincew.

KATARZYNA KACZMAREK

























PARTNERZY     






KINO RATUSZ - kino w sercu miasta
©2015 Stowarzyszenie Łódź Filmowa